W rytmie serca
13 czerwca 2007
Pearl Jam – o nich mogła bym pisać i pisać… Grung’owy zespół, który był obecny, jest i pewnie do końca będzie w moim muzycznym świecie. Pamiętam jak pierwszy raz usłyszałam ich kawałki. Nie mogłam przestać ich słuchać. Świetny głos Eddiego i te solówki. To jest muzyka!
13 czerwca 2007 był - może nie - najszczęśliwszym, ale jednym z wielu. Gdy tylko usłyszałam, że będą w Polsce wiedziałam, że musze tam być!
Cieszyłam się jak małe dziecko, któremu właśnie rodzice kupili nową wypasioną zabawkę…
A ja tylko chciałam mały bilecik, dzięki któremu dostane się na stadion Śląski w Chorzowie.
Pech oczywiście mnie prześladuje, jeśli chodzi o koncerty…i tak było tym razem.
Tydzień przed koncertem zdrowie mi siadło. Jakieś tam choróbsko mnie dopadło – antybiotyk trzeba brać. Siedzieć w domu przez 1.5 tygodnia!
Nie może być! Przecież koncert… już za tydzień. Wkurzona leżałam na łóżku…nie mogłam uwierzyć, że mnie tam nie będzie…że przegapię koncert Eddiego i reszty!
Ale dzień przed samym występem, jakoś udało mi sie przekonać moich, że czuje się lepiej…tak zadzwoniłam i zamówiłam bilety..:)
JEST! Jedziemy na PEARL JAM…
Na ich koncert mogła bym wydać ostatnie pieniądze.
Wyjechaliśmy. Już w autobusie było czuć atmosferę dobrej zabawy. Zebrali się fani z różnych miejscowości – Tarnów, Rzeszów itd…
A po 5h drogi – korki i te sprawy…Już tam byliśmy. Tłum ludzi. Masa. Podążali wszyscy w kierunku stadionu. I większość po to by zobaczyć ich – Gwiazdę wieczoru Pearl Jam.
Przez moje zdrowie, musiałam wybrać trybuny. Bo pewnie bym nie wytrzymała na placu. Trochę żałuje, bo tam na pewno wszyscy bawili się świetnie!
Jednak ja szczęśliwa, że w ogóle tam dotarłam. I siedziałam już na stadionie. Czekając na Nich.
Po małym występie zespołu COMA – który mnie jakoś nie urzekł. Bardziej szaleństwo na scenie niż pokazanie dobrej muzy jaką tworzą. A jako suport wystąpił Linkin Park – nie źle im to nawet wyszło. Myślałam, że będzie gorzej…fajnie wspominam ich koncert.
LP skończyli grać po ponad godzinnym występie. Czekałam. Z uśmiechem na twarzy. Zaraz Pearl Jam wskoczy na scenę i da czadu!
Zaczęło się. Pierwsze poleciało – Rearviewmirror. Gdy Eddie pojawił się na scenie tłum zaczął szaleć. Widziałam wszystko – w końcu siedziałam na trybunach. Świetny widok!
Gdy Eddie, Jeff, Matt, Stone i Mike pojawili się na scenie, nie mogłam uwierzyć. W to, że jestem w tym samym miejscu gdzie oni. Wcześniej bym nawet nie pomyślała, że kiedyś będę mogła ich zobaczyć na żywo…Coś niesamowitego!
Kolejne minuty ubywały i kolejne kawałki - Animal, Hail Hail, Corduroy, Given To Fly, World Wide Suicide. Wszyscy śpiewali! Jak byśmy byli jedna wielka rodzina – a raczej wiernymi fanami zespołu. To było niesamowite, brak mi słów, by opisać to co w tedy czułam.
Gdy w końcu usłyszeliśmy najbardziej znane i chyba lubiane utwory, jak Even Flow czy Nothingman – cały tłum oszalał. Śpiewali przez cały czas. Z góry oszałamiający widok – jak 50 tyś. ludzi śpiewa Nothingman czy State of love and trust…to coś cudownego.
Oczywiście nie obyło się bez bisów! Fani wywalczyli chyba 30 min by zespół dla nich zagrał ponownie! Nawet nie wiem, jak opisać to co przeżyłam. Ciężko ująć w słowa – ale to był najlepszy koncert na jakim byłam do tej pory. I będę pamiętać go do końca.
Po koncercie zebraliśmy się w autobusie. Niezwykła atmosfera – przed przyjazdem byliśmy paczką nieznanych sobie ludzi, a po koncercie jak byśmy się znali od zawsze. Każdy uśmiechnięty, szczęśliwy…pochłonięty jeszcze tym, ze przed sekundą Pearl Jam dla nas grało. Ale czas wracać do domu...
Fantastyczne wspomnienia…I oczywiście, na następnym koncercie Pearl Jam też nie może mnie zabraknąć ;)…Mam nadzieje, że kolejnych 5 lat nie będziemy musieli czekać.
Katarzyna Kuraś




